Bądź lubiany

Czy "Kocham Cię" i "Lubię Cię" to jest to samo? Czy można kogoś kochać, ale go nie lubić? Czy bycie lubianym może nam pomóc w pracy? Czy "lubianym" jest łatwiej? Spróbujmy zastanowić się nad tymi problemami.

Niedawno od swojej córki podczas powrotu z przedszkola usłyszałem: „Wiesz Michał – lubię cię.” Zatrzymałem się na chwilę, popatrzyłem na nią i zapytałem: „Nie kochasz mnie?” Popatrzyła na mnie z politowaniem, tak jak pięciolatki potrafią najlepiej i powiedziała: „Kocham cię, ale to jest tak, że jesteś moim tatą i muszę cię kochać, a ty jesteś fajny i lubię cię.” Te słowa skłoniły mnie do zastanowienia się nad różnicą pomiędzy siłą Kocham, a siłą Lubię.



Jesteśmy nauczeni kochać (mam szczerze taką nadzieję). Większość z nas na pytanie „kogo kochasz?” odpowiada automatycznie według schematu wtłoczonego w głowy w dzieciństwie: kocham moją mamę, mojego tatę, moją siostrę, mojego brata, a na dalszym etapie życia moją żonę, dzieci etc. Jesteśmy tak zaburzeni przez schemat „kocham”, że gdy w dzieciństwie zapytano moją kuzynkę o to którego wujka kocha najbardziej (przemilczę zasadność takiego pytania), odpowiedziała że swojego chrzestnego, pomimo tego, że widywała go raz na 5 lat przez 2-3 godziny. Człowiek ten przypominał sobie, że ta wyjątkowa rola została mu powierzona tylko w momencie gdy otwierał zaproszenie na kolejną ważną dla niej uroczystość, ale schemat „chrzestnego wujka trzeba kochać najmocniej” sprawiał, że w jej opinii właśnie ten wujek zasługuje na miłość szczególną, co nie jest prawdą, ale „tak trzeba”.

W uświadomieniu tej smutnej prawdy pomoże nam bardzo proste pytanie: czy ja jego/ją lubię? Na pierwszy rzut oka wydaje się to oczywiste. Jeżeli kogoś kocham to muszę go lubić, hello – o co ci chodzi? Otóż nie prawda.

Słowo „Kocham” jest według mnie mocno nadużywane. Jeżeli kocham w całości, gdzie wiąże się to ze wszystkim co powinno (akceptacja, oddanie, radość, odpowiedzialność, wolność, miłość, szczęście, itd.) super. Jednak uważam, że słowo „Kocham” jest takim monumentem, symbolem, który każdy ma wyryty w świadomości i musi go powtarzać, żeby wszyscy byli zadowoleni. Wszyscy dążymy do miłości, najlepiej wielkiej, romantycznej, wzlatującej nad poziomy, z uniesieniami. Nasza kultura, tradycja, środowisko mówi o tym, że mąż powinien kochać żonę, żona powinna kochać męża, rodzice powinni kochać dzieci, dzieci rodziców itd. Dobrze, że tak jest. To są prawdy uniwersalne i oczywiście lepiej iść w stronę dobra niż w stronę zła. Tylko pojawia się pytanie czy to „Kochanie” daje nam spełnienie. Wiemy, że „musimy kochać”, tak trzeba. Życzę wszystkim, żeby tak było.

Są różne przypadki „Kochania” np. moja mama niedawno mówi do mnie: „Słuchaj synu, ale ty się z nim nie kłóć. Kochaj go, nie patrz na niego negatywnie. Bądź ponad to, kochaj, bądź miłością.” Pamiętam koncert Michael’a Jackson’a który stojąc na scenie płacze i mówi do fanów „Kocham Was”. Myślę, że w tym momencie Michael emocjonalnie kocha wszystkich, jest na fali, widzi i czuje emocje, które do niego spływają sprzed sceny. Dochodzi do tzw. sprzężenia zwrotnego, które powodują ogólną ekstazę i podczas koncertu „Kochanie” nabiera konkretnego, mocnego znaczenia.

Czy zawsze wiemy co oznacza ta posągowa miłość? Czy oprócz słowa, które „musi” wystąpić coś ze sobą niesie?

Spróbujmy w nasze życie oprócz „kultury Kocham” wprowadzić może ważniejszą „kulturę Lubię.” Moja żona kiedyś powiedziała do mnie: „Tak się ostatnio zachowujesz, zmieniłeś się. Przestaję cię lubić.” Zdaję sobie sprawę, że moja żona mnie kocha i paradoksalnie to, że mnie nie lubi nie oznacza, że mnie nie kocha. Jednak ciągły brak „lubienia” prowadzi w konsekwencji, że „kochanie” jest tylko symboliczne, a potem znika na zawsze. Trudno jest żyć, spotykać się, rozmawiać, angażować w kontakty z osobą, której nie lubię.

Czy nastolatek, który przychodzi do domu po szkole, całuje mamę na przywitanie (musi być wyjątkowy, kto mając naście lat całuje mamę na przywitanie?), mówi „kocham cię” po czym idzie do pokoju, zamyka drzwi i myśli: „Jezu, ale ona chrzani, jak ja jej nie lubię.” Jakby ktoś go zapytał czy kocha swoją mamę, pewnie odpowiedziałby, że tak. Jego mózg jest zaprogramowany na miłość do rodziców, jednak na pytanie o „lubię” mógłby odpowiedzieć nieco inaczej.

Czy mąż wracając do domu po 12 godzinach w pracy wchodzi do domu i myśli „kocham was”? Pewnie tak, ale myśli też „Boże, jaki jestem zmęczony, co na obiad ? Pewnie znowu kasza. Mam tyle na głowie, muszę jeszcze zrobić to i to i to i to…” Mając takie podejście ucieka w pracę i na pytanie czy lubi być w domu odpowiada: „nie”. Kiedyś lubił być w domu, spędzać czas z rodziną, rozmawiać o wszystkim, śmiać się z nimi, bawić się z nimi, miał energię i ochotę do wspólnego działania, robił wspólnie te wszystkie rzeczy, które sprawiały, że się chciało. Dzisiaj, żeby poprawić relacje i wrócić do poprzedniego, lepszego stanu trzeba by popracować nad sobą i na nowo się zaangażować w rodzinę, a nie tylko w pracę. Dlatego lepiej jest powiedzieć rodzinie „Kocham” a w środku swojego serca mówić do siebie „jak ja tego nie lubię.” Pojawiają się tu zaraz wyrzuty sumienia: „Nie lubię wracać do domu. Powinienem lubić, jestem beznadziejny. Siebie też nie lubię.” I koło się zamyka.

Jakiś czas temu zrozumiałem, że dużo łatwiej rozmawia mi się z żoną jadąc samochodem do pracy niż w domu. Często podróżuję jeżdżąc na różne szkolenia i spędzam dużo czasu w samochodzie. Mam wtedy czas, którego nie jestem w stanie przyspieszyć. Jadąc na przykład z Warszawy do Lublina mam 3 godziny drogi i mam świadomość tego, że czasu nie przyspieszę. Muszę na dojazd poświęcić czas – nie ma innego wyjścia. Mogę więc spędzić ten czas na rozmowie z żoną. Nic mnie nie goni, nie ma innych zadań, projektów, rozmów biznesowych, obowiązków domowych. Po prostu jadę i rozmawiam. Podczas moich podróży rozmawiamy i poruszamy bardzo wiele spraw, rozmawiamy o wszystkim co jest dla nas ważne. Te rozmowy są spokojne, konstruktywne, radosne, często dochodzimy do rozwiązań, które udaje nam się wprowadzić w życie i je z powodzeniem realizować. Zrozumiałem, że taki sposób rozmowy chcę (nie muszę) wprowadzić w domu. Jeżeli chcę, żeby moi bliscy mnie lubili, chcę być z nimi po pracy i tylko dla nich. Jestem zadaniowcem i wchodząc do domu zawsze mam jakiś plan: trzeba szybko zrobić obiad, pojeździć na rowerze, pójść na spacer, zrobić kolację, poczytać dzieciom, napisać coś do pracy, spać – ciągła gonitwa, nerwy. Po co? Był moment w moim życiu, że nie potrafiłem się zatrzymać – szybkie jedzenie, szybka praca, szybkie życie – ciągle w biegu: w domu, w pracy, na wakacjach, wszędzie. Dopiero kiedy zrozumiałem, że tak się nie da (złamałem nogę), zwolniłem i powoli, małymi kroczkami porządkowałem swoje życie. Moja żona często mówiła mi, że jestem trenerem, spotykam się z ludźmi, pomagam im zrozumieć mechanizmy działania świata, a sam nie potrafiłem zmienić swojego. Każde działanie może nas budować lub burzyć. Uczyłem się z każdym dniem być lubianym. Jeszcze dzisiaj zdarza mi się krzyknąć lub być opryskliwym, kiedy wychodzimy rano razem i ja jestem gotowy a oni powoli zbierają się powoli do wyjścia. Cały czas z tym walczę i na tym etapie mam wielką satysfakcję, iż osiągam nad sobą przewagę. Jest to trudne, ale oczywiście do zrobienia. Chcę, żeby moi najbliżsi mnie lubili, żeby byli ze mną szczęśliwi. Wiem, że mnie kochają, ale chcę, żeby mnie też a może przede wszystkim lubili. Nie ma ludzi idealnych, ale są ludzie szczęśliwi dla siebie i dla innych. Nie da się tego osiągnąć bez polubienia siebie. Bez pozbycia się negatywnych przekonań, bez zmiany nastawienia, bez obserwacji swojego zachowania i eliminacji jego negatywnych elementów, bez nauczenia się jak walczyć z niepożądanymi emocjami i jak te transformować na pozytywne. Tylko ciągła, systematyczna praca nad sobą może przynieść dobre efekty, dla siebie i innych.

„Kocham Cię” jest, bardzo ważne… w relacjach chłopak- dziewczyna nadaje wyjątkowości, ale z czasem staje się powszechne, zawalczmy więc o „Lubienie”. Wpojone zasady „kultury Kochania” są u nas oczywiste. Nie zmieniajmy kultury z „Kocham” na „Lubię”, wzmocnijmy ją. Niech model „Kocham” od teraz wygląda tak: „Kocham – Lubię”, niech ubogaca miłość przez zwykłą, codzienną radość i szczęście ze spędzania czasu z drugą osobą. Nie zmuszajmy się do Kochania, chciejmy Kochać i Lubić. Słowo „muszę” automatycznie wprowadza barierę. Jak to muszę? Ja nic nie muszę! Zastąpmy słowo „muszę” słowem „chcę”. Chcę kochać, chcę lubić, chcę być kochanym i chcę być lubianym – będzie lepiej, gwarantuję.

Moi rodzice kiedy miałem kilka lat dali mi możliwość uprawiania wielu dyscyplin sportowych. Próbowałem prawie wszystkiego i dopiero kiedy powiedziałem: „Mamo, chcę tam chodzić” zrozumieli, że wybrałem coś co lubię, co będzie dla mnie dobre, bo sprawia mi przyjemność. Konfucjusz powiedział kiedyś: „Wybierz pracę, którą kochasz, i nie przepracujesz więcej ani jednego dnia.” Często dzieci mówią: „Muszę tam chodzić bo: rodzice chcą, koledzy chodzą, tak trzeba…” Nie są z tego powodu szczęśliwe – robiąc coś z przymusu nie spełniamy się, próbujemy się tylko przypodobać: sobie, innym, światu. Tylko „chcąc” możemy się realizować. Nie tylko dzieci powtarzają muszę. Ile razy słyszymy od siebie czy naszych znajomych: „muszę z nią żyć”, „muszę chodzić do pracy”, „muszę osiągnąć sukces”, „muszę mieć więcej pieniędzy”. Wyrzućmy z naszego słownika słowo „muszę” – nic nie musisz. Możesz wszystko, ale tylko jak będziesz tego chciał. Zastanów się gdzie jesteś, w którym miejscu swego życia. Powiedz sobie głośno, że chcesz być dobry, że jesteś dobry. Polub siebie i innych, a ludzie polubią ciebie. Pomyśl nad tym co lubisz, a czego nie – i dlaczego, nad tym co musisz, a co chcesz – i dlaczego, kogo lubisz, a kogo nie - i dlaczego. Porozmawiaj z twoimi bliskimi na ten temat. Dowiedz się jakie są ich przemyślenia i zbuduj sobie platformę „Kocham i przede wszystkim Lubię”. Gwarantuję, że będziesz szczęśliwszy niż dotychczas i twoje życie nabierze zupełnie innego zabarwienia. POWODZENIA.
Trwa ładowanie komentarzy...